Przyjść na świat w swoim domu

W zachodniej kulturze w dużej mierze zgubiliśmy świadomość narodzin i śmierci. 

czy rodzić w domu

W zachodniej kulturze w dużej mierze zgubiliśmy świadomość narodzin i śmierci. Przekształciliśmy je w przypadki medyczne dziejące się poza naszym domem, poza naszą kontrolą, w specjalnych instytucjach, nadzorowane przez niezaangażowanych emocjonalnie specjalistów.

Według Ireny Chołuj - dyplomowanej położnej - niekorzystny wpływ na przebieg porodu, na rozwieranie się szyjki macicy mają: brak osoby bliskiej, lęk rodzącej przed atmosferą sali porodowej, przed krzykami innych rodzących, przed obnażaniem w czasie kolejnych badań, przed aparaturą, przed obcymi ludźmi, przed bólem. Lęk matki potęguje lęk rodzącego się dziecka i może być przyczyną ostrego niedotlenienia. Obserwacje te przemawiają na korzyść domowych porodów.

Na III Międzynarodowym Kongresie Medycyny Psychosomatycznej w Położnictwie i Ginekologii w 1971 roku w Londynie dr Naaktgeboren krytycznie ocenił następstwa przeniesienia porodów z domów do szpitali. U plemion prymitywnych kobiety rodzą w ciszy i odosobnieniu, ewentualnie w gronie najbliższych. Poród u ludów nie objętych naszą cywilizacją przebiega raczej łatwo, trwa krótko - przeciętnie około 4 godziny - i na ogół nie przerywa normalnych zajęć kobiety. Kobieta współczesna w istocie nie zmieniła swych instynktownych potrzeb. Znalezienie się w środowisku nieznanym i obcym, jakim niewątpliwie jest szpital może zakłócać przebieg porodu. Często w warunkach szpitalnych rozpoznaje się inercję macicy, co oznacza niepotrzebne i czasem groźne przedłużenie porodu. Jeśli jednak poród ma się odbyć w szpitalu to szczególnej wagi nabiera przygotowanie do niego, uczestnictwo ojca i odpowiedni wygląd sali porodowej.

Sheila Kitzinger, antropolog społeczny, propagatorka idei porodów naturalnych, rodzinnych, i domowych, podkreśla jak bardzo w zachodniej kulturze zgubiliśmy świadomość narodzin i śmierci. Przekształciliśmy je w przypadki medyczne dziejące się poza naszym domem, poza naszą kontrolą, w specjalnych instytucjach, nadzorowane przez niezaangażowanych emocjonalnie specjalistów. A przecież pojawienie się na świecie nowego życia jest aktem o głęboko symbolicznym znaczeniu, wykraczającym daleko poza zadanie wypchnięcia noworodka z ciała kobiety. Narodziny to kreacja nowego, przemiana starego porządku, to obowiązek i nadzieja, to często okazja do dokonania przewartościowań, do zmiany filozofii życiowej, szansa na uświadomienie sobie nieznanych dotąd aspektów siebie. Sheila Kitzinger widzi konieczność wyjęcia narodzin i umierania spod władzy medycyny. Wyrzeczenie się możliwości podejmowania decyzji na temat naszego zdrowia, na temat sposobu, w jaki wydajemy nasze dzieci na świat i sposobu, w jaki przeżyjemy naszą starość jest wyrzeczeniem się odpowiedzialności za nasze własne życie.

Położnicy - lekarze podchodzą często do porodu w taki sposób, jak gdyby to była jakaś dolegliwość, którą trzeba leczyć przy użyciu całej dostępnej im wiedzy. Wyznają często ideę "porodu kierowanego" przez eksperta, gdzie każdy etap akcji porodowej wynika z decyzji lekarza i jego statystycznej wiedzy o patologii. Prowadzi to często do nadmiernej, niepotrzebnej interwencji medycznej i do jatrogennych zaburzeń. Poza tym w zinstytucjonalizowanym porodzie brakuje często miejsca i czasu na budowanie więzi emocjonalnych ojca i matki z nowym członkiem ich rodziny. Ograniczona jest możliwość ekspresji uczuć przed i po narodzeniu się dziecka. Tymczasem jest to prawdopodobnie najważniejszy czas, jeśli chodzi o zbudowanie nowych relacji w rodzinie. Warte zaznaczenia jest to, że czasem znaczną część edukacji przedporodowej poświęca się na instruowanie oczekujących dziecka par jak mają współpracować z personelem szpitala i jak być opanowanymi i tolerancyjnymi wobec lekarzy, położnych i innych osób, które nierzadko gwałcą ich prawa osobiste.

Ojców uczestniczących w szpitalnym porodzie traktuje się powszechnie jako darmowych asystentów nadrabiających niedociągnięcia lub brak uwagi ze strony personelu. Ubrany w sterylny fartuch, maskę i kapcie jest on upodobniony do pracowników medycznych. W rzeczywistości jednak za nic nie odpowiada i może czuć się ledwie tolerowany, może się nawet zastanawiać czy może dotknąć swojej żony i w jaki sposób. Szpitalny rygor i atmosfera, hierarchiczna struktura władzy - to nawet pewnych siebie na co dzień ludzi potrafi zbić z tropu, niejako ubezwłasnowolnić. Na pozostawionej samej sobie kobiecie wymusza się postawę wyuczonej bezradności, by pozostała uległą pacjentką. Dlatego tak istotna jest rola przygotowanego męża, współdziałającego ze swoją partnerką. Nie może on przejmować mechanicznego sposobu działania personelu sali porodowej tylko z powodu własnej ignorancji i co za tym idzie braku pewności co do żony odczuć i sądów.

Czasem mężów wyprasza się z sali porodowej, co wywołuje u nich fantazje na temat bólu i krzywdy doznawanych przez żonę, pozbawia to ich także tych najbardziej pozytywnych przeżyć. Wśród ankietowanych przez Kitzinger mężczyzn biorących udział w porodzie 53 % odpowiadając na pytanie o to, co zrobiło na nich największe wrażenie, podkreśla "cudowność" samego aktu narodzin. Richman i Goldthrop, badając grupę mężów obecnych w czasie całego porodu i grupę tych, którzy uczestniczyli tylko we wstępnej jego fazie, zauważyli, że w obu grupach panowie stanowczo podkreślali satysfakcję, jaką odczuwali dzięki możliwości wspierania żony. Badacze spostrzegli, że ankietowani udzielając wywiadu o swoich wrażeniach z porodu wyrażali się w sposób "zwykle uważany za kobiecy":

"(...) pierwszy widok główki dziecka był piękny..."
"(...) było radością widzieć rodzące się życie..."
"(...) zaowocowało szczęście dziewięciu miesięcy..."

Zdarza się, że w momencie przeniesienia kobiety do sali poporodowej (około 2 godziny po urodzeniu się dziecka) jej męża odsyła się do domu. Czasem ojcowie relacjonują występujący wtedy kryzys: czują się niepotrzebni, wyczerpani, samotni. Kitzinger pisze o depresji poporodowej ojca jako konsekwencji separacji jego od żony i dopiero przywitanego dziecka, po tak bardzo angażującym emocjonalnie przeżyciu, jakim jest poród.

Poród domowy jest być może najlepszą profilaktyką wobec depresji poporodowej kobiet i mężczyzn, wobec problemów z karmieniem niemowlęcia, wobec trudności w konstruowaniu się bliskiej więzi między rodzicami a dzieckiem. Poród bowiem jest doświadczeniem, które może mieć głęboko znaczącą wartość dla kobiety, dla mężczyzny, dla ich zdolności stania się matką i ojcem i cieszenia się ze swego rodzicielstwa.

W USA najwięcej porodów odbywa się w domu, mniej w szpitalu, ale w domowych warunkach, najmniej w typowo szpitalnych salach porodowych. W Holandii około 40% porodów odbywa się w domu, kolejne 30% przypada na małe sale porodowe przypominające warunki domowe. Pracują tam głównie same położne. Holenderski, świetnie zorganizowany i od wieku praktykowany, system porodów rodzinnych obejmuje swoją opieką matkę w czasie ciąży, porodu i połogu. Każda położna ma asystentkę - pielęgniarkę, która zajmuje się domem matki: gotuje, sprząta, opiekuje się noworodkiem i starszymi dziećmi aż do powrotu ojca z pracy. Takie zespoły opieki domowej mają za zadanie zająć się zdrową kobietą i jej dziećmi, lekarze zaś zajmują się z założenia patologią ciąży i porodu w szpitalu. Profesor Kloosterman z Holandii sądzi, że poród domowy chroni kobiety przed niepotrzebnymi interwencjami ze strony położników, bo sama obecność skomplikowanej aparatury skłania do jej użycia, a lekarstwa zapisuje się rutynowo. W Wielkiej Brytanii, gdzie niemal 100 % porodów odbywa się w szpitalu aż 90 % kobiet otrzymuje przy porodzie środki znieczulające, w Szwecji już tylko 20 %, a w Holandii - tylko 5 %.

Para decydująca się na poród w domu powinna odebrać solidne instrukcje i dużą dawkę teorii na temat fizjologii porodu. Zwłaszcza mąż, na którym będzie spoczywała ogromna część odpowiedzialności, ma za zadanie nauczyć się o różnych rodzajach porodów, o możliwych trudnościach, o sposobach radzenia sobie przez kobietę z bólem i dyskomfortem. Jego wiedza jednak powinna wykraczać poza znajomość rodzajów oddychania, technik relaksacji i masażu, wygodnych pozycji dla rodzącej i dziecka. Największą zaletą męża jako asystenta porodu żony jest jego znajomość kobiety, która właśnie rodzi - jej sposobów reagowania na trudną sytuację, jej oczekiwań i potrzeb. Najczęściej tylko mąż potrafi odczytać stan emocjonalny żony, jeśli nie jest przez nią werbalizowany i często to on potrafi znaleźć adekwatny sposób uspokojenia żony, dodania jej odwagi, dowartościowania jej wysiłku i zmotywowania do dalszej pracy. Przy domowym porodzie mężczyzna może w pełni poczuć się mężem, ojcem i gospodarzem.

Tekst: Małgorzata Osipczuk
źródło: Portal Pomocy Psychologicznej www.psychotekst.pl

fot.
Fotolia

Artykuły wybrane dla Ciebie

Przyjść na świat w swoim domu - komentarze

Joanna2011-03-18 02:37:02

Rodziłam w domu. Jestem wdzięczna Bogu za taką możliwość. Jestem szczęśliwa. Poród trwał 6 godzin (od pierwszych skurczów do urodzenia łożyska). Teraz wiem na pewno, że kobiety wiedzą jak rodzić, natura jest niezwykła... mądra. Wyrazy szacunku przesyłam Pani Irenie Chołuj, a także "mojej" położnej z Lublina.

ania2010-01-13 05:28:04

to może być dobra metoda rodzić w domu. gdyby u nas tak dawali znieczulenie jak w Wielkiej Brytani to by nas było na pewno dużo więcej. ale to tylko marzenia!

Kawo-szka2010-01-13 04:16:06

Przykro mi, ale takiej bzdury to jeszcze nie czytałam: "W USA najwięcej porodów odbywa się w domu, mniej w szpitalu, ale w domowych warunkach, najmniej w typowo szpitalnych salach porodowych."?! Ktoś tu chyba albo nie zna tematu, albo totalnie poprzekręcał fakty! Mniej niż 1% w USA to porody w domu! Polecam głębiej pochylić się nad tym tematem.